Tytuł: Harry Potter - Hogsmeade, Twoja Magiczna Wioska :: Marilyn Manson

Dodane przez Ballaczka dnia 05-11-2009 22:36
#21

Mansona słucham od czterech (?) lat, także całą sobą mogę podpisać się pod postem Guardiana. Utwory, choć często nad wyraz trudne do zinterpretowania, zawsze niosą ze sobą powalające przesłanie, zupełnie odmienne spojrzenie na świat, muzykę, komercję, ludzi, media, religię. Niestety, polscy fani stanowią na razie symboliczne podziemie, gdzie trudno uświadczyć dogłębnej i profesjonalnej analizy tekstów (prym wiedzie tutaj chyba tylko pan Szyksznian, który przecież sam najczęściej opiera się na interpretacjach amerykańskich). Bodajże najcenniejszym źródłem informacji jest projekt NACHTKABARETT, skrzętnie nadzorowany, projektowany i przede wszystkim tworzony przez Nicka Kushnera. Strona prowadzona jest w języku angielskim, ale ze względu na liczne nawiązania, metafory i odniesienia do przeróżnych epok, ideologii i światopoglądów, które powstawały na przestrzeni kilkudziesięciu lat panowania i tworzenia się społeczeństwa masowego, przeciętny Polak nie jest w stanie wyłapać wszystkich szczegółów i niuansów tworzących legendę Mansona. Za błogosławieństwem Nicka jestem w trakcie tworzenia sekcji polskiej, ale ze względu na przytłaczającą ilość materiałów może to trochę potrwać.

Odnosząc się jeszcze do wypowiedzi Guardiana:

ofc covery zostawiam w spokoju


Niekoniecznie. Wkład Mansona w tworzenia coverów objawia się w każdym utworze, nadaje piosence nowy, niepokojący rytm i kompletnie inne przesłanie. Zaobserwować to można na przykładzie Personal Jesus. Oryginał, wykonywany przez Depeche Mode nieznacznie różni się od wersji wykonywanej przez Mansona. Jednak te drobne szczegóły, które składają się na niepokojącą i pełną metafor wersję artysty są istotnym elementem, bez którego nie moglibyśmy mówić o wkładzie MM w jej tworzenie. Jak przyznał sam Manson, to słowa utworu "wyciągnąć rękę i dotknąć wiary" zainspirowały go do stworzenia coveru. Jak wiemy muzyk od dawien dawna lubował się w tego typu paradoksach. Słowa te stanowią wstęp do całej piosenki, która w przeciwieństwie do oryginału ma bardzo głęboki i ironiczny wydźwięk. Manson opowiada nam historię "osobistego Jezusa", kogoś, kto pozornie się o nas martwi, troszczy, opiekuje, jednocześnie wbijając nam nóż w plecy. Nie dowiadujemy się tego bezpośrednio - to intonacja głosu, a przede wszystkim symbolika teledysku każą nam wierzyć, że osoba, w której pokładamy największe zaufanie tak naprawdę dba tylko o swoje potrzeby. Tytułowym "osobistym Jezusem" nie musi być przecież chrześcijański Zbawiciel. Manson udowadnia, że to wszyscy dookoła nas - rodzice, państwo, Kościół, nauczyciele... Każdy, komu ufamy, a zarazem każdy, kto wykorzystuje nasze zaufanie do zdobycia własnych celów. "Wyciągnij rękę i dotknij wiary" - obok tak ironicznego polecenia Manson nie mógł przejść obojętnie. Wiara jest czymś nienamacalnym, nieracjonalnym, niezbadanym. "Dotknięcie wiary" to paradoks, jej istotą jest niedotykalność, na zawsze pozostaje ona w obrębach naszego umysłu.
Teledysk otwiera nam jeszcze głębszą drogę do interpretacji. Jako przykład "osobistego Jezusa" pokazuje Hitlera, władcę tłumów, genialnego dyktatora, porywającego mówcę, który przecież w rzeczywistości był jedynie zbrodniarzem i katem. Niemniej my jesteśmy w stanie stwierdzić to z perspektywy czasu, ludzie, którzy mieli okazję obserwować działania Führera widzieli w nim zbawcę, człowieka podążającego za ideałami, wreszcie kogoś wartego zaufania. Aż nazbyt wyraźnie pokrywa się to z całą ideą utworu.
Trudno jednoznacznie zinterpretować tekst piosenki, ale jedno jest pewne - jego oryginalne znaczenie zostało całkowicie przeinaczone, Manson dodał głębi, rzucił inne światło na koncepcję religii i władzy, nie tylko tej państwowej.

Ale dosyć na razie tych wychwalań. Manson jest artystą, nieobce mu są więc też porażki. I chociaż na niwie artystycznej trzyma się bardzo dobrze (chociaż, śmiem stwierdzić, już nie genialnie) jego wizerunek, sceniczne show oraz wkład poświęcany na tworzenie własnego stylu i muzyki zdecydowanie się pogorszył. Jako fance Mansona trudno mi nie zauważyć zdecydowanego spadku formy artysty, połączonego z klasycznym "olewactwem" wielkiej gwiazdy. Obserwując jego poczynania od roku 2008, od zakończenia ery Eat Me Drink Me, aż do teraźniejszej trasy High End of Low, trudno nie zauważyć zdecydowanego spadku formy, który zapowiadał się już od czasów odejścia Tima Skolda. Muzycznie nadal jest genialnie - nowa płyta po raz kolejny wprowadza nas w osobisty świat Mansona, tym razem kierując nas na czternaście ścieżek cierpienia, zakończonych piętnastą, ostatecznym odnalezieniem szczęścia. Uważny fan jednak szybko zauważy, że schemat ten powtarza się już od jakiegoś czasu, i chociaż Manson nadal nie waha się sięgnąć w swojej twórczości do okultyzmu, symboliki nazistowskiej, niezrozumiałych metafor i inteligentnych przesłań, to jednak to wszystko stało się tylko otoczką do zaprezentowania głębokiego życia uczuciowego artysty. Od czasu rozwodu z Ditą von Teese, Manson wprowadzał się w kolejne fazy cierpienia, bez zastanowienia rozpoczynając i w równie szybkim tempie kończąc coraz to nowsze romanse. Eat Me Drink Me było płytą romantyczną, przeznaczoną li i wyłącznie dla młodej aktoreczki, Evan Rachel Wood. Główne hasło ery, "razem jako jedność, przeciwko całemu światu", choć bez wątpienia urocze, przyświeca teraz całej karierze Mansona, karząc nam przypuszczać, że szybko nie zmieni się główny nurt zainteresowań artysty. High End of Low to piętnaście rockowych piosenek, które samozwańczy "Bóg Pieprzenia" świadomie nasączył popową nutą. Czternaście z nich to ukłon w stronę Wood, przekazanie światu cierpienia, które odkrył po rozstaniu z aktorką, rozpacz i próba pogodzenia się z losem. Utwór piętnasty jest podsumowaniem wszystkich poprzednich, odrzuceniem bolesnej przeszłości i stawieniem czoła światu, tym razem pod rękę z nową miłością Mansona, porno gwiazdką Stoyą. Mogę tylko przypuszczać, że ich związek rozpadnie się jeszcze przed zakończeniem obecnej trasy koncertowej i prawdopodobnie ponownie natchnie artystę do stworzenia kolejnego albumu, w którym na powrót zagłębi się w otchłań cierpienia, by następnie osuszyć łzy w ramionach kolejnej młodej gwiazdeczki.
Choć podchodzę z wielkim dystansem do ostatnich dwóch albumów, doceniam je muzycznie, bo choć teksty straciły nieznacznie na głębi, nadal mogę napawać się rozbudowanymi metaforami, niesamowitą atmosferą, rodem z dekadenckich kabaretów francuskich (wystarczy wspomnień tu nastrojowy Wow czy hipnotyzujący I Want To Kill You Like They Do In The Movies) oraz porywającym wokalem. To już jednak nie to samo. Bezpowrotnie odeszły czasy tryptyku, tajemniczej Omegi, przemiany Robaka w nieugiętego Antychrysta, legendy Mansona, artysty kontrowersyjnego, ale zdolnego, który poprzez szok i zdumienie chciał wzbudzić w ludziach refleksję, próbę odnalezienia swojej tożsamości. Nawet tragiczne wydarzenia w Columbine z roku 1999 potrafił obrócić na swoją korzyść. Teraz nawet sam Manson wydaje się tęsknić za czasami dawnej sławy. W utworze Arma-Goddamn-Motherfuckin-Geddon stwierdza, że bierze na siebie odpowiedzialność za liczbę osób śmiertelnych. To już jednak tylko puste słowa, bo Manson przestał wzbudzać kontrowersje lata temu. Co ważne, artysta sam doskonale o tym wie. Szkoda tylko, że nie chce się z tym pogodzić.

Podejrzewam, że 17. listopada, kiedy to na powrót zawita do Warszawy, po raz ostatni zobaczę Mansona na żywo. Jeśli show w Stodole będzie choć trochę porównywalne do tegorocznego występu w Brnie, już teraz mogę stwierdzić, że wydane pieniądze wyrzuciłam w błoto. Niemniej nawet to nie powstrzyma mnie od wyjazdu. Ten ostatni raz chcę zobaczyć jego show, posłuchać na żywo ukochanych utworów, mieć chociaż iluzoryczne wrażenie, że oto stoi przede mną prawdziwy Bóg Muzyki. Dopóki Manson będzie nadal tworzył, ja będę śledzić jego twórczość, prawdopodobnie wciąż ją kochając. Bo pomimo wielu zastrzeżeń, nadal czuję szacunek i miłość do jego artystycznego dorobku. Niestety, oceniając jego ostatnie poczynania obiektywnie, pozostaje we mnie już tylko żal.