Tytuł: Harry Potter - Hogsmeade, Twoja Magiczna Wioska :: [NZ] Joohanne Elizabeth Poesy /// Wariatki Są Wśród Nas

Dodane przez Peepsyble dnia 19-09-2008 20:31
#5

Troszku dłuższe ; ]]
______________________________________________________

A było to tak. Pojechałam sobie beztrosko na wyścigi. Diabeł o tym nie wiedział, bo niby skąd skoro jechałam tam pierwszy raz w życiu, o wyścigach powiedziała mi moja przyjaciółka Shazzer. Jechałam przez bardzo ładny lasek, potem przez duże pole a na końcu przez okropną drogę żwirową, na której mój samochód podskakiwał niemiłosiernie. Dotarłam w końcu na miejsce. Miałam lekkie trudności z zaparkowaniem, ponieważ mnóstwo ludzi pchało się na wyścigi.
Wysiadłam, przeszłam obok jakiś podejrzanych facetów popychających się nawzajem, ale nie zwróciłam na nich uwagi - byłam bardzo podekscytowana. Shazz powiedziała mi, że zawsze jak ktoś jest pierwszy raz to wygrywa, zaś za drugim jest zdecydowanie odwrotnie.
Przeszłam przy kasach i przecisnęłam się na ławki.
- O! Cześć Joohanne!
Shazzer już na mnie czekała.
- O Matko, nie mówiłaś mi o tej żwirowej drodze! Będziesz mi płacić odszkodowanie. Mój samochód jest w kawałkach... - prawie się na nią obraziłam.
- Ach nie marudź zaraz się zaczyna, zobacz!
Wskazała mi tor, na którym przygotowywały się juz konie. Niektórzy dżokeje byli niebiescy inni zieloni a jeszcze inni żółci. Nie miałam pojęcia, o co chodzi.
- Ale... na którego postawić?! - Wydarłam się nieco zdenerwowana. Za mną stało małżeństwo, które okropnie się kłóciło.
- Spokojnie. Najpierw popatrz. Wybierz ze wszystkich dwa konie, które uważasz za najlepsze - wyjaśniła mi Shazzer wyraźnie zdziwiona moim lekko histerycznym głosem.
- Dobra, dobra... najlepsze... które tu są najlepsze?! Czekaj... a może ten taki... czarny? Nie wiem jakie one tam mają maści...
- Kary. Dobry wybór, to jest Diabeł. Dużo razy wygrał. Ma na sobie... 3. - Powiedziała do mnie Shazz. - Wybierz drugiego, na początku możesz zagrać...
- O! Ten! Zobacz! A nie on za bardzo macha tyłkiem... o a ten... ma brzydką grzywę...
- Och, zamknij się, nie patrzy się na to czy ten koń jest ładny, czy nie. - zezłościła się Shazz. - Trzymaj.
Podała mi spis wszystkich koni uczestniczących w wyścigach.
- Ej, kto to... - zaczęłam, ale Shazzer mi przerwała.
- Chicho bądź. Teraz musisz tez wybrać żółtego, Diabeł jest żółty wiec drugi tez musi być.
- Dobrze, to przecież patrzę na żółte - zdenerwowałam się jeszcze bardziej. - Clemence... ona dobra?
- No jasne - pochwaliła mnie Shazz. - Masz oko. Dobra, teraz zmykaj do kas, ja nam zajmę miejsce. Pamiętaj, weź 3-7 i 7-3. Zobaczymy...
Poczłapałam do kas. Stanęłam za jakimś młodym, całkiem przystojnym facetem. Brunet wziął 7-1 i 1-7. Gdy odszedł od okienka ktoś otworzył drzwi wejściowe, zrobił się przeciąg i brunetowi wypadł bilet z ręki. W między czasie zanim się schylił, aby ją podnieść zdążyłam postawić 7-3 i 3-7. Bruneta zagadała starsza pani pytająca o godzinę. Gdy sięgnęłam po mój bilet znowu jakiś bałwan otworzył drzwi wejściowe na całą szerokość i mi również kartka wypadła z ręki. Wzruszyłam ramionami i podniosłam bilet. Przystojny facet również podniósł swoją zaraz po mnie i ruszył w swoją stronę. Zaczęłam się przeciskać przez tłum. Dotarłam wreszcie do Shazzer.
- No i jak? - zapytała jak usiadłam. - Wszystko dobrze?
- Dobrze, dobrze... Uważaj depczesz mi torebkę! Zabieraj te kopyta!
Wyciągnęłam spod jej nóg moją ulubioną torebkę i schowałam do niej bilet, aby się nie zgubił.
- A ile postawiłaś? Zapomniałam ci powiedzieć...
- Dwa tysiące - odparłam beztrosko, na co oczy Shazz zrobiły się jak spodki. - No, co?
- Dwa tysiące? DWA? Ty oślico! - Shazzer załamała ręce. - Matko jedyna! DWA! A jak przegrasz?
- No to, co jak przegram? - zdziwiłam się niezmiernie jej zachowaniem. Za tą oślicę nawet zapomniałam się obrazić, tak byłam zaciekawiona. - No, co? Przecież jak przegram dostanę je z powrotem...
- Co?! Idiotko skończona, przecież oni tego nie oddają! - Shazzer na chwile zatkało. - O Jezu...
- Co? - teraz to ja dostałam szału. - Jak to nie? Przecież mówiłaś... a może nie mówiłaś... no to teraz się nie dziwię, dlaczego ta pani w kasie gapiła się na mnie jak na ducha. Matko Boska! Moje dwa tysiące!
- Na szczęście... - powiedziała Shazz patrząc na mnie spode łba. - Na szczęście jesteś tu pierwszy raz...
- O Matko!- jęknęłam jeszcze raz.
Głośnik zaczął wyć i po chwili bomba ruszyła. Konie wypadły, na razie były na równi, lecz po chwili prowadzenie przejął Diabeł.
- Dawaj Diabeł! - wrzasnęłam rozdzierająco. - Dawaj, dawaj...
Po dwóch sekundach stało się coś strasznego. Jakiś kasztanowy koń potknął się o kamień i runął do przodu przed Diabła. Diabeł wpadł na kasztanowego i obaj się przewrócili. Dżokeje spadli na ziemię, ale widać, że się za bardzo nie potłukli, bo runęli jak głupi do koni, opatrując je. Zdarzyło się to w ciągu dosłownie paru sekund. Wstrzymałam oddech, parę osób wydzierało się, że to nie fair, i że należy przerwać wyścig.
- No, no... - powiedziała Shazz. - To się zdarza, rzadko... taka paranoja...
Pogruchotani dżokeje usunęli się z drogi wyścigu.
- O Matko! Diabeł! - dopiero teraz dodarło do mnie, że Diabeł juz napewno nie wygra.
Moje życie legło w gruzach. Diabeł już nie wygra.
Teraz prowadzenie objęła Clemence. Opadłam na ławkę.
- Co mi z tego, że ona wygra skoro Diabeł i tak już nie...
Konie robiły już, któreś kółko, ludzie gwizdali i dopingowali grane konie. Clemence nadal była na prowadzeniu. Przebiegła przez metę i zwolniła.
- O, to już? - zapytałam zdziwiona.
- No jasne, ze już. Byś miała pewnie to 7-3 gdyby nie ten głupi kasztanek...
Wyjęłam zrezygnowana swój bilet z torebki z zamiarem wyrzucenia go do najbliższego kosza na śmieci.
Głośnik właśnie podawał numery które wygrały. Na tablicy pokazało się 7-1.
Spojrzałam na swój bilet i oniemiałam. Na tej małej karteczce było napisane jak wół 7-1 i 1-7.
- Ej, Shazz podejdź tu, ja mam zwidy...
- Co? - zapytała Shazzer. - Co się stało?
Podeszła i spojrzała na bilet. Potem zerknęła na tablicę, spojrzała na mnie, na bilet i znowu na mnie.
- Ale przecież grałaś 3-7 i 7-3...
- No właśnie w tym rzecz. Czekaj... o Matko! Ten facet! Jemu też! Pomyliliśmy kartki!
- Co ty gadasz?
- Słuchaj pomyliłam kartki. I mnie i takiemu facetowi przede mną zleciał bilet, musieliśmy się pomylić!
- No to ładnie - Shazz westchnęła. - Trudno, idziemy odebrać kasę.
- Ale... czekaj. Ja tak nie mogę, musze zwrócić temu panu jego pieniądze! Przecież to on wygrał. Jak on się teraz czuje? Też ma zupełnie co innego na kartce!
- Daj spokój! Najwyżej oddasz mu później.
Ja juz wiedziałam co to znaczy "później" w języku Shazz. Nigdy. Ona by nigdy nie oddała. Ale ja napewno oddam. Sumienie mnie męczyło, dlatego musiałam go znaleźć.
I tak właśnie spędziłam następne dwa tygodnie. Na szukaniu przystojnego nieznajomego, któremu jestem winna 4 tysiące...

Edytowane przez Peepsyble dnia 20-09-2008 23:25