Dodane przez Peepsyble dnia 21-09-2008 10:57
#7
Sorry z tym Bobbym ; p Nie mogłam się powstrzymać. Sorry Bobby...
Pojechałam na bazarek po buraczki. Kupiłam je i wsiadłam do samochodu. Spojrzałam tylko w stronę kiosku - bawiły się tam małe dzieci robiąc straszny hałas. I wtedy poznałam ta sylwetkę. Przystojny brunet tak samo pochylał się nad kasą na wyścigach.
- Oooo... No jasne, brunet! - mruknęłam i zaczęłam wyłazić z samochodu z zamiarem zaczepienia owego pana.
Zanim zdążyłam wysiąść, przystojny brunet odszedł od okienka, spojrzał na ulicę i popędził dzikim truchtem do jadącego właśnie autobusu.
- Wrr... - warknęłam niezadowolona.
Zdecydowałam się jechać za nim, bo co żesz mogłam innego zrobić. Autobus ruszył przez ulicę Kielnieńską, a potem skręcił w Pędrawskiego.
Siedziałam mu na ogonie, tylko, gdy się zatrzymywał musiałam wychylać głowę przez okno, żeby nie zgubić przystojnego bruneta.
W końcu po pół godzinie dotarliśmy na Balcerskiego - niedaleko były wyścigi konne.
- Ha! Tak myślałam... - znowu powiedziałam sama do siebie.
Przystojny brunet zaczął się przeciskać między samochodami. Zdenerwowana, że go zgubię zadecydowałam się zaparkować samochód między dwoma maluchami, gdzie było tak ciasno, że ledwo mogłam wysiąść.
Popędziłam za nim, razem dotarliśmy na wyścigi. Wlazł do środka, a ja chcąc nie chcąc musiałam za nim iść.
Na moje nieszczęście poszedł schodami na górę, gdzie zawsze był większy tłok. Wczłapałam się na górę i ujrzałam go nagle siedzącego na ławce i wpatrującego się w konie.
- Ooo! No wreszcie pana znalazłam! - wykrzyknęłam radośnie podchodząc do niego.
- Dzień Dobry - powiedział do mnie nieufnie. - Co pani...
- Ano właśnie, niech pan słucha. Był pan dwa tygodnie temu na wyścigach w Sosenkach?
- Byłem. Ale...
- I stawiał pan na 7-1 1-7? Znaczy się na Diabła i Clemence?
- No tak - orzekł coraz bardziej zdziwiony. - Ale co...
- Ciicho. Panu upadł bilet prawda? A ja stałam za panem i mi też upadł, wszystko przez ten cholerny przeciąg! Musieliśmy się zamienić biletami. Ja stawiałam na 3-7 i 7-3 a wzięłam bilet z 1-7 i 7-1...
- Co? - pozwoliłam przystojnemu panu wreszcie dojść do głosu. - Ale to nie możliwe, bo ja też miałem 1-7 i 7-1...
- Jak to? To ja pana szukam, całe dwa tygodnie, żeby panu oddać cztery tysiące, które wygrałam, a pan... pan... - umilkłam wreszcie nieco stropiona.
- Ależ musiała się pani pomylić, znaczy się ta w kasie, bo to wszystko... taki przypadek...
- No właśnie. Ej! Proszę mi tu nie...! Uwaga! Proszę mi tu nie biegać po mojej torebce ja tam mam buraczki! No ja nie wiem, co oni mają do tej mojej torebki...
Przystojny brunet zdziwił się śmiertelne, bo jeszcze czegoś takiego nigdy nie słyszał.
- Buraczki? - zapytał patrząc na mnie wielkimi oczami.
- No buraczki, a co - mruknęłam z niezadowoleniem, patrząc za bandą dzieciaków, które przebiegły się po mojej torebce i zastanawiając się, kto je tu wpuścił. - Kupiłam na bazarku i wtedy zobaczyłam pana. Wsiadł pan do autobusu, a ja jechałam za panem. W końcu dotarliśmy tutaj...
- Może ja się przedstawię, bo tak głupio rozmawiać...
- Ależ proszę, ja jestem, Joohanne Poesy. Piszę książki.
- Ja się nazywam David Federline jestem prawnikiem... Matko, a widziała pani wtedy to zamieszanie? Z tym przeciągiem? Najpierw jeden facet wpadł do środka i popędził na górę, potem zanim jeszcze dwóch. Wtedy jak nam spadły bilety. Policja po wyścigach przyjechała jak Boga kocham, chcieli się pobić...
- Ajć... szkoda, ze mnie już wtedy nie było. Pojechałam od razu do domu...
- Ale to dziwne trochę nieprawdaż? Tak się pomylić przy tej kasie...
- Może jej się komputer zaciął... Często tak się u nich dzieje.
- O, zaraz się zaczyna, niech pani poczeka... znaczy się Joohanne... Idę postawić.
- O nie, nie, nie. Ja tez idę...
Przecisnęliśmy się razem przez tłum ludzi. Prawie zleciałam ze schodów, przez starszawą panią, która wywijała parasolką.
- Dzisiaj Diabeł ani Clemence nie grają. Z tego, co widzę najlepsza będzie Yonny, kobyła Southa. A potem... Bobby, Ceylon... tak proszę to zagrać, ja inny porządek postawię...
Nie miałam pojęcia skąd wiedział, że nie umiem grać, choć może to można było odczytać z mojej miny.
Kupiłam bilet i poczekałam na Davida. Ruszyliśmy razem na górę, gdzie okazało się, że ktoś nam zajął miejsca. Na moment skamieniałam.
- David... - powiedziałam ostrożnie. - Moje buraczki... znaczy, ja chyba zostawiłam torebkę i jej... nie ma. Cholera.
- Spokojnie. Co miałaś w tej torebce?
- Yyy... buraczki...
- Ale oprócz tego?
- Czekaj, portmonetkę mam tutaj... mam dokumenty... chyba mój złoty wisiorek, szminkę... notes, długopis, parasolkę, klucze od piwnicy... tak klucze od domu mam... to chyba wszystko - powiedziałam jednym tchem.
- Dobra. Spokojnie - powtórzył David. - Zagramy i zadzwonimy na policję, napewno ją odzyskasz.
- Moje buraczki... - jęknęłam. Jak znałam policje to jak odzyskam torebkę, buraczki będą spleśniałe...
Znaleźliśmy sobie nowe miejsce, specjalnie najpierw oglądnęłam ławkę, na której wcześniej siedzieliśmy, ale torebki tam nie było.
Głośnik zaczął wyć i bomba w końcu ruszyła. Od razu na prowadzenie wysunął się Bobby... po chwili zrównała się z nim Yonny. Za nimi pędził jak burza Ceylon... Bobby zwolnił, Yonny zaczęła prowadzić. Za Ceylonem biegła Rauda, powoli go doganiając. Ceylon wyrwał do przodu, prześcignął Yonny. Bobby znów zaczął nabierać sił i po chwili prześcignął Raudę. Tłum darł się w niebo głosy, David gwizdał, a ja siedziałam jak na jajkach. W ostatnim kółku Yonny wyprzedziła o długość pyska Ceylona, za nimi leciał Bobby. Rauda przyszła czwarta.
- O! Co?! Co ja mam?! Triplę? Kwintę? Co ja mam?!
David spojrzał na mnie, na tablicę, na której się pokazały wyniki, znowu na mnie i zaczął się histerycznie śmiać.
- No co, i z czego się śmiejesz? Ja wygrałam. - powiedziałam dumnym głosem.
- Tak, owszem... wygrałaś... ale... tylko... 300 dolarów, cały tor grał Yonny...
- Co?! - Zapytałam strasznie Davida. - Co?!
- To, co słyszysz...
Odprowadził mnie do kasy. Zabrałam pieniądze, i pojechaliśmy razem na policję...
Shazzer miała rację. Za drugim razem się zawsze przegrywa, bo co to jest 300 dolarów przy czterech tysiącach...
Edytowane przez Peepsyble dnia 21-09-2008 22:30